Kiedy drzwi do laboratorium otworzyły się komisarz Bogart od razu zobaczył trupa. Nieboszczyk przypominał przewróconego na grzbiet chrabąszcza. Miał rozłożone szeroko nogi i uniesione ręce z rozczapierzonymi palcami. Jego głowa zwrócona była w stronę drzwi w taki sposób, że wzrok policjanta napotkał od razu wytrzeszczone oczy umarlaka. „Co jest, cholerka?!” – pomyślał Bogart, a uwaga ta dotyczyła zarówno niespodziewanego stanu, w jakim znajdował się niedoszły rozmówca, jak i miny zmarłego – złośliwego, ironicznego grymasu, niespotykanego na twarzy, którą karmiła się śmierć.

Policjant stanął jak wryty. Stał tak bezmyślnie kilka sekund, zanim uświadomił sobie dwie rzeczy. Po pierwsze – powinien zawiadomić jak najszybciej centralę oraz swego partnera, czekającego przed budynkiem. Po drugie człowiek, niezależnie od tego, co pozbawiło go życia, nie mógł zamienić się w zwłoki z tak niewiarygodnie skrzywioną gębą. To zaś prowadziło do kolejnego pytania: dlaczego w powietrzu nie czuć zapachu śmierci, mimo że trup był trupem już kilkadziesiąt godzin, jak wynikało z zegara z kalendarzem, który zatrzymał się na godzinie, w której przerażony nieboszczyk na niego upadł. „O co tu chodzi, Sherlocku?” – zapytał siebie komisarz Bogart, bardzo powoli rozglądając się po laboratorium.

Pomieszczenie, które miał przed sobą, niemal się nie zmieniło od jego ostatniej tu wizyty. Nadal stały tu tylko dwa wytarte fotele, a między nimi trup inżyniera. A, jeszcze jakieś dwie nowe szafy, w przeciwległych kątach pomieszczenia. „Co to jest?” – zaintrygowany Bogart ruszył ku nim. „Szafa klimatyzacyjna” – przeczytał. – Aaa, dlatego tu jest takie czyste powietrze! – mówił głośno do siebie.

– A dlatego! – usłyszał czyjś głos. Odwrócił się i zobaczył, że trup szczerzy do niego zęby. – Kawał, komisarzu. Byłem ciekaw – mówił niedoszły nieboszczyk – czy jest pan dobrym detektywem. Przyczyn śmierci mógł pan dociekać później, ale zastanawiałem się czy spostrzeże pan i doceni potęgę klimatyzacji!